za Gazeta.pl, Wojciech Jagielski
Ulicami Kabulu idą amerykańscy żołnierze - w wielkich hełmach, w mundurach bojowych, w ochraniaczach na łokciach i kolanach. Zamorskie straszydła. - Wszystkich traktują jak wrogów - szepczą przechodnie. I coraz bardziej mają ich dość
W szóstym roku po obaleniu talibów niewiele zostało z euforii, z jaką jesienią 2001 r. Afgańczycy witali wkraczające do ich kraju obce wojska. Niedawnych wybawców zaczyna się postrzegać jako najeźdźców. Cudzoziemcy widzą zaś w Afgańczykach niewdzięczników. Przepaść niezrozumienia się powiększa, a dawne nadzieje zastąpiło rozgoryczenie.
Za murem, za bramą, w różanym ogrodzie
Odkąd z Kabulu uciekli talibowie, przyjeżdżając do miasta, zatrzymywałem się w hotelu Nawin. Niski, rozłożysty kompleks pomalowany na niebiesko i zielono stoi w śródmieściu przy głównej ulicy, niedaleko parku. Zabudowania ułożone są w czworobok, który otacza ogród wysadzany różami
Wszędzie stąd było blisko. Do sklepików i restauracji przy ulicach Kwiatowej i Kurzej, do urzędów, a także do najlepszej dzielnicy - Wazir Akbar Chan, którą upodobali sobie dygnitarze wszystkich afgańskich rządów. Po ucieczce talibów tamtejsze domy otoczone wysokimi murami zajęli cudzoziemcy z ONZ i międzynarodowych organizacji dobroczynnych. Hotel Nawin również odgrodzony jest od ulicy solidnym murem, a ciężkiej, żeliwnej bramy pilnują wartownicy. Ta ochrona okazała się cenna, gdy w mieście pojawili się zamachowcy-straceńcy i zaczęły wybuchać bomby.
Wybierając Nawin, kierowałem się także tym, że nie wiedziało o nim zbyt wielu zagranicznych dziennikarzy, których pojawienie się natychmiast wywindowałoby w górę ceny, a jazgotliwy harmider, jaki zawsze towarzyszy reporterom, odebrałby hotelowi jego niewzruszony spokój.
Zanim Nawin stał się hotelem, mieściły się tu różne urzędy. W czasach talibów urządzono w nim zajazd dla tych przywódców, którzy przybyli do Kabulu z takich prowincji jak Kandahar lub Helmand. Gdy do Afganistanu wkroczyli Amerykanie, zajazd został przejęty przez dotychczasowego zarządcę, który przekształcił go w hotel. Zarządca wywodził się z doliny Pandższiru, jak większość dygnitarzy w nowym afgańskim rządzie. Pracownicy hotelu szeptali, że dzielił się zyskami z pewnym ważnym ministrem, ten zaś dbał, by nikt nie dociekał, w jaki sposób były zarządca stał się właścicielem kompleksu.
Nowy właściciel odarł zajazd z siermiężnej ascetyczności, jaką zadowalali się talibowie. Zabudowania podzielił na pokoje, wyrzucił stare dywany, a na podłogach kazał rozłożyć nowe dywany sprowadzone - jak utrzymywał - z samego Heratu. Odmalował jadalnię i salon, w którym ustawił wiecznie grający telewizor. Podłączył telefony, a w sieni hotelowej naprzeciw recepcji zainstalował stary komputer zapewniający łączność wirtualną.
W cenę hotelu wliczano śniadania, które zjadaliśmy w różanym ogrodzie, odgrodzeni od gwaru miasta. Wypijając poranną kawę, wpatrywaliśmy się w białe wierzchołki gór otaczających Kabul. Nie sposób było oderwać od nich wzroku. Z przyjemnego odrętwienia wyrywał nas warkot śmigłowców. Wielkie, ciężkie, zielone transportowce w eskorcie mniejszych maszyn bojowych przelatywały nisko nad miastem, ogłaszając, że nieodwołalnie nastał nowy dzień.
Reklamy krzyczą, wino się leje
Po upadku talibów Afganistan przestał być “końcem świata”. Dawniej, zanim jeszcze doszli do władzy, podróżowałem po tym kraju bezdrożami, które zdolne były pokonać jedynie samochody terenowe i stare, rozklekotane autobusy. Podróżowałem też śmigłowcami wojskowymi i konno, prowadzony przez przewodników i emisariuszy komendantów partyzanckich. Zdarzało mi się pokonywać afgańską granicę pieszo, raz nawet łódką przemytników narkotyków.
Teraz wsiadłem w Islamabadzie, stolicy Pakistanu, do odlatującego zgodnie z rozkładem samolotu, a na lotnisku w Kabulu wypełniłem deklarację celną. - Witamy w Afganistanie - powiedział uśmiechnięty urzędnik, stemplując paszport.
Kabul, który pod rządami talibów straszył nieznaną gdzie indziej w Azji ciszą, teraz rozbrzmiewał wszechobecnym zgiełkiem. Zewsząd dobiegała wrzaskliwa muzyka, a krzykliwe reklamy zachęcały afgańskie kobiety do odwiedzania sklepów z modnymi ubraniami i pachnidłami, a nawet salonów piękności.
W latach 90. z lotniska do śródmieścia Kabulu dojeżdżało się w kwadrans, a jedyną przeszkodą na drodze byli rowerzyści. Teraz od świtu do zmierzchu rzeka pojazdów przeciskała się ulicami miasta, które nigdy nawet śniło, że będzie się po nim poruszać aż tyle samochodów.
Kabul, który jeszcze niedawno leżał w gruzach, przypominał wielki plac budowy. Rusztowania przesłoniły ruiny i zgliszcza, jakie pozostawiły po sobie wszystkie wojny. Nie było ulicy, przy której nie remontowano by starych domów i nie wznoszono nowych. Pojawiły się nowe sklepy, niewielkie hoteliki, restauracje.
“Na rogu mojej ulicy otwarto francuską restaurację; podają w niej czerwone wino z Burgundii” - napisała mi w liście Pamela, przyjaciółka z “Washington Post”. Francuska kafejka cieszyła się niezwykłym powodzeniem, bywanie w niej uważano w pewnych sferach za rzecz konieczną. Wcześniej takim samym wzięciem cieszyła się tajska restauracja Lai Thai, w której stolik na kolację należało zamawiać z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Jeszcze wcześniej przebojami sezonu były irlandzki Irish Pub, włoska restauracja Popolano i restauracje chińskie, w których do posiłku podawano wódkę ryżową, a na zapleczu odbywały się schadzki ze sprowadzonymi z zagranicy prostytutkami przebranymi za kelnerki.
Bary szybkiej obsługi z pizzami, hamburgerami i frytkami szybko wyszły z mody. Podobnie jak zakazane przez talibów kina. Wiosną 2002 r. na otwarcie kina Ariana zjechał z Paryża sam Claude Lelouch. Z czasem jednak kina stały się czymś zwyczajnym, powszednim.
Aziz z hotelu Nawin, który wyjeżdżał czasem po mnie na lotnisko, miał długie włosy związane w kucyk z tyłu głowy. Nosił beżową kurtkę skórzaną i stylowo wytarte dżinsy. Zastanawiałem się, na ile lat więzienia skazaliby go talibowie za “nieobyczajność”. Wspominając Afganistan sprzed zaledwie kilku lat, odnosiłem wrażenie, że sięgam pamięcią zamierzchłej przeszłości.
Karzaj, gwiazda sezonu
Zanim sprawy nie zaczęły się znowu psuć, Afganistan miał się całkiem dobrze. Przepytywani przez cudzoziemców Afgańczycy w ogromnej większości mówili, że kraj zmierza w dobrym kierunku, a nowy przywódca, 40-letni pasztuński szlachcic Hamid Karzaj radzi sobie znakomicie.
Wkrótce po obaleniu talibów za namową Amerykanów afgańscy komendanci, wodzowie i emigranci z diaspory, którzy zebrali się w Niemczech w zamku nad Renem, wybrali Karzaja na szefa rządu (wkrótce z premiera stanie się prezydentem). Już w pierwszym miesiącu swego panowania stał się gwiazdą sezonu. Arystokrata o nienagannych manierach, wysublimowanych gustach, dowcipie i smaku, zagościł w czołówkach światowych gazet i telewizji. Dyktatorzy mody okrzyknęli go najlepiej ubranym mężczyzną świata. Równie swobodnie mówił po angielsku i persku, jak w rodzimym języku pasztu. Z taką samą swadą, popijając z czarki zieloną herbatę, rozprawiał z pasztuńskimi wodzami, co z europejskimi przedsiębiorcami. Dla Amerykanów, postrzeganych w świecie islamu jako wrogowie, Karzaj miał służyć za żywy dowód na to, że Zachód i Wschód w gruncie rzeczy dzieli niewiele.
Ale w Kabulu niemal go nie znano. Nikt go nie widział, mało kto o nim wcześniej słyszał. Mógłby spokojnie pójść na bazar albo do meczetu bez obawy, że zostanie rozpoznany. Nie miał swojego wojska, nie miał pieniędzy, nie miał doświadczenia.
W rok po obaleniu rządów talibów rozmawiałem w Waszyngtonie z Miltonem Beardenem, który jako oficer CIA dostarczał mudżahedinom broń w czasie radzieckiej inwazji na Afganistanie. Nie ukrywał, że Karzaj zawdzięcza swą pozycję Amerykanom. - To nasz człowiek - mówił.
Nazajutrz stacje telewizyjne podały, że w Kandaharze próbowano zabić Karzaja. Kula chybiła celu.
Każdego poranka, gdy szybkim krokiem zmierzał do swego pałacu prezydenckiego Gul Chana, towarzyszyła mu świta żołnierzy amerykańskich. Czujnie rozglądali się na boki, mierząc z karabinów w każdego, kto pojawił się w okolicy. Inni żołnierze z dachów kompleksu pałacowego wypatrywali zamachowców wśród drzew.
Karzaj najął Amerykanów do swojej gwardii przybocznej, gdy nieznani zabójcy w biały dzień zastrzelili w Kabulu wiceprezydenta Afganistanu, mojego dobrego znajomego hadżiego Abdula Kadira. Jak zawsze niefrasobliwy Abdul Kadir podróżował po Kabulu niemal bez eskorty. Napastnicy rozstrzelali go w samochodzie na oczach jego strażników, którzy nie oddali ani jednego strzału w stronę zamachowców.
- Co to za uczucie: wiedzieć, że jest się celem? - zapytałem Karzaja w 2003 r., gdy przyjął mnie na audiencji.
- Zdążyłem się przyzwyczaić. W Afganistanie każdy, kto zajmuje się polityką, musi pogodzić się z myślą, że może za to zapłacić życiem. Wtedy, w Kandaharze, usłyszałem strzały i zobaczyłem, jak wypada szyba z okna w moim samochodzie. Nie miałem pojęcia, kto i skąd strzela. Wszystko to trwało chwilę.
- Nie boi się pan, że najmując do straży przybocznej Amerykanów, utwierdzi pan rodaków w przekonaniu, iż we wszystkim od nich zależy? A w Afganistanie każdy władca wyniesiony na tron przez obcych był odrzucany przed rodaków.
- To prawda, my, Afgańczycy, nie lubimy, gdy ktoś wtrąca się w nasze sprawy. Ale przecież sami prosiliśmy Amerykanów, by przysłali wojska do Afganistanu.
Tu rządzą cudzoziemcy
W hotelu Nawin mieszkali sami cudzoziemcy - działacze organizacji charytatywnych i najemni żołnierze. Po śniadaniu w różanym ogrodzie wstawali od stołów i ruszali na dziedziniec hotelowy, gdzie czekali na nich ich afgańscy kierowcy, przewodnicy, tłumacze, asystenci. Z trzaskiem zamykały się drzwi samochodów, warczały silniki, skrzypiała żeliwna brama. Auta, jedno po drugim, znikały w kurzu i ulicznej ciżbie.
Czasem cudzoziemcy wracali na obiad, ale zazwyczaj dopiero w porze kolacji. Odprawiali tubylców i zaszywali się w swoich pokojach. Wracając do hotelu, kazali kierowcom zajeżdżać do specjalnych sklepów, do których nie wpuszcza się Afgańczyków. Kupowali tam whisky i dżin, konserwy, papierosy, wodę mineralną, gumę do żucia.
Jeszcze przed wyjazdem składali w hotelowej recepcji zamówienia kolacyjne. Po południu mój znajomy Aziz wsiadał na motocykl i objeżdżał okoliczne restauracje, zwożąc z nich pizze, curry, masalę i chińskie specjały. Kucharz w hotelu podgrzewał je potem i odświeżał, by podane o zmierzchu w ogrodzie smakowały jak wyjęte prosto z pieca.
Cudzoziemcy spotykali się też na przyjęciach, jakie wydawano w domach w dzielnicach Wazir Akbar Chan i Szahr e-Nau. Łatwo rozpoznać takie domy. Otoczone betonowymi barykadami, workami z piaskiem i zasiekami z drutu kolczastego, strzeżone przez wartowników z bronią gotową do strzału. Ponieważ obcokrajowcy wynajmowali całe ulice, śródmieście Kabulu zostało zablokowane przez zasieki, zapory i posterunki wartownicze. Niektóre rejony stały się niedostępne dla Afgańczyków. Znajomi kabulczycy z Wazir Akbar Chan skarżyli się, że nie mogą zapraszać gości, bo ci, zanim dotrą do ich domu, są po wielokroć zatrzymywani i rewidowani przez wartowników, których wynajmują mieszkający po sąsiedzku cudzoziemcy.
Afgański poseł Ramzan Baszardost, absolwent francuskich akademii zauroczony polską “Solidarnością”, nazywał cudzoziemców chanami i szkodnikami. Twierdził, że trwonią na własne zachcianki pieniądze podarowane przez obce państwa na odbudowę Afganistanu. Jako minister finansów w rządzie Karzaja żądał, by zagraniczne organizacje dobroczynne rozliczały się z każdego dolara przeznaczonego na pomoc dla jego kraju. Mówił, że zaledwie ćwierć dotacji trafia do rąk rządu, a i te mogą iść wyłącznie na pensje urzędników, wojska i policji. Resztę przejmują agendy ONZ i organizacje dobroczynne, które decydują o przeznaczeniu tych pieniędzy.
- Afganistanem rządzą cudzoziemcy - mawiał Baszardost. Nie doprosiwszy się wsparcia u prezydenta, rzucił posadę rządową, oskarżając prezydenckich dworzan, że rozkradają kraj do spółki z cudzoziemcami.
Ameryka o nas zapomina
W Kinszasie, stolicy Konga, spotkałem kiedyś włoskiego inżyniera, który przyjechał tu, by kłaść asfalt na ulicach. Poznaliśmy się w hotelu Memling, który - podobnie jak Nawin - był przystanią dla cudzoziemców. Doglądali oni w Kongu zawieszenia broni, organizowali wybory prezydenckie, szkolili urzędników, żołnierzy i policjantów, uczyli, jak budować drogi, kopać studnie, jak myśleć i żyć.
Zapytałem inżyniera, czy nie ma wrażenia, że niosąc pomoc takim krajom jak Kongo i Afganistan, pozbawia się je wyboru, narzucając im nasze, europejskie wartości i normy. - My przecież niczego im nie narzucamy! - żachnął się Włoch. - Chcemy im jedynie pomóc, więc uczymy ich tego, co u nas, w Europie sprawdza się znakomicie. Nie wiem, czy to się im na coś przyda, ale dzielimy się z nimi tym, co najlepsze.
W Kabulu to samo powiedział mi amerykański pułkownik Rene Dodler. - Oczywiście, że Afganistan to nie moja Montana. Ale skoro w Montanie udało się zapewnić ludziom godne życie, to dlaczego miałoby się to nie udać w Afganistanie?
Stojąc na trotuarze, przyglądaliśmy się amerykańskim żołnierzom w śródmieściu Kabulu. Szli po obu stronach ulicy, jeden za drugim, z odkrytymi głowami i opuszczonymi karabinami. Rozmawiali między sobą, odpowiadali na pozdrowienia. Wyglądali raczej na znużonych spacerowiczów niż na zbrojny patrol. Obstąpieni rozwrzeszczaną gromadą dzieci zniknęli w wysadzanym jodłami parku.
Widok obcych wojsk nie wywoływał jeszcze złości wśród mieszkańców Kabulu. Cierpliwie znosili nawet szarogęszenie się amerykańskiego ambasadora, który do wszystkiego się wtrącał i we wszystkim próbował zastępować prezydenta. Karzaj nic bez niego nie postanowił, nic nie zrobił. Ambasadora Zalmaja Chalilzada nazywano w Kabulu afgańskim wicekrólem. Szanowano go jednak, bo rzeczywiście miał na sercu dobro Afganistanu.
Trudno zresztą, by los tego kraju był mu obojętny. Pochodził z Afganistanu i wciąż czuł się Afgańczykiem, choć miał amerykański paszport. W 2001 r. prezydent George Bush powołał go na swego doradcę - nigdy żaden amerykański muzułmanin nie zaszedł w Białym Domu tak wysoko. To właśnie on powiedział Amerykanom o przyjacielu z dzieciństwa Hamidzie Karzaju i przekonał ich, że ten człowiek nadaje się na przywódcę Afganistanu. Zrozumiałe więc, że gdy Karzaj zajął fotela prezydenta, Chalilzad stał się jego najbliższym doradcą, powiernikiem i najczęstszym gościem. To ambasador i wynajęci przez niego żołnierze decydowali, czy i kiedy Karzaj opuści swój pałac. Rzecz jasna, czynili to w trosce o jego bezpieczeństwo.
- A, niech i tak będzie - machali ręką Afgańczycy. - Przynajmniej im zależy.
Ale, uznawszy najwyraźniej, że Chalilzad sprawdził się w Afganistanie, prezydent Bush powierzył mu nowe zadanie. Wicekról Afganistanu został przeniesiony do Bagdadu. Na wieść o tym Afgańczycy wpadli w lament, że Ameryka o nich zapomina.
Zdrajcy zostaną zabici
Wyjazdowi ambasadora w 2005 r. towarzyszyła dobiegająca z południa kraju palba karabinowa. Uznana za wygraną i wygasłą wojna afgańska zrazu zaczęła się tlić, by w końcu wybuchnąć silnym płomieniem. W ogniu stanęło pogranicze z Pakistanem. Wkrótce pożar zaczął trawić południowe prowincje Afganistanu.
Nowo wybudowane drogi stały się nagle nieprzejezdne - łącznie z tą najważniejszą, z Kabulu do Kandaharu, mającą uchodzić za symbol nowego. W Kabulu coraz trudniej było znaleźć kierowcę, który zgodziłby się wyruszyć nie tylko do Kandaharu, ale nawet do nieodległego Ghazni. Talibowie zaczęli napadać na nieliczne i słabe komendy policyjne i koszary wojskowe. Palili budowane przez Amerykanów szkoły, polowali na karawany zaopatrujące garnizony obcych wojsk.
Na murach meczetów, jak w czasach, gdy mudżahedini walczyli z armią radziecką, pojawiły się “nocne listy”: “Niech nikt, kto wierzy w Allaha, nie pomaga okupantom. Nie posyła dzieci do ich szkół, nie pracuje dla nich ani nie daje wiary temu, co mówią. Amerykanie są wrogami islamu. Wcześniej czy później zostaną pokonani i odejdą. A zdrajcy, którzy się im dziś wysługują, zostaną zabici jak wściekłe psy”.
Tropiąc talibów, Amerykanie polegali na informacjach lokalnych watażków. Ci jednak wykorzystali to jako okazję, by rozprawić się ze swoimi konkurentami. Składali na nich fałszywe donosy, by ściągnąć im na głowy amerykańskie samoloty. Pomyłkowe naloty i pacyfikacje mnożyły Amerykanom wrogów, a przysparzały sympatii talibom.
Afgańczycy zaczęli tracić cierpliwość. - Są już u nas za długo - mówili o obcych wojskach. - To wszystko trwa za długo - mówili o ślimaczącej się odbudowie kraju.
W Kabulu muzułmańscy duchowni zaczęli domagać się zamknięcia stacji telewizyjnych nadających “grzeszne” filmy indyjskie, w których roznegliżowane aktorki wiją się ekstatycznych tańcach. Policja urządziła obławę w chińskich restauracjach. Prostytutki wyrzucono z kraju, znalezione w piwnicach butelki z whisky i dżinem rozbito na dziedzińcach. Dawni mudżahedini, którzy w nowych czasach stali się posłami, senatorami i gubernatorami, orzekli, że nie życzą sobie obcych porządków. - Mamy własne prawa, według których żyliśmy i według których będziemy żyć - zapowiedział prezes sądu najwyższego świątobliwy Fazel Szinwari.
Pomniejsi urzędnicy, sędziowie, nauczyciele, a nawet policjanci uciekali z rozległego, pustynnego południa, które stało ziemią niczyją, by stopniowo przejść w ręce talibów. Ci zaś - niezdolni, by w otwartym polu stawić czoła wojskom amerykańskim - wzorem partyzantów z Bagdadu zaczęli posyłać przeciwko nim zamachowców-samobójców.
Kiedy w 2004 r. w Afganistanie odbywały się wybory parlamentarne, w obawie przed zamachowcami Kabul opustoszał i przekształcił się w oblężoną twierdzę. Zamknięto lotnisko, urzędy, bazary. Zakazano wjazdu do miasta ciężarówkom, a nawet pojazdom zaprzężonym w konie, woły, muły i osły.
Zagranicznym żołnierzom nakazano, by wyjeżdżając na patrol, pod żadnym pozorem nie zatrzymywali się ani nawet nie zwalniali. Wystarczyło bowiem, by kolumna wojskowa przystanęła lub tylko zwolniła w tłoku, a natychmiast podjeżdżała do niej wypchana trotylem żółta toyota corolla, które to wozy zamachowcy upatrzyli sobie na wehikuły śmierci. Zdarzało się też, że straceńcy atakowali na motocyklach i rowerach, a nawet podbiegali, by rzucić się pod koła lub na pancerz. Żołnierzom rozkazano więc, by każdy zbliżający się do patrolu samochód, każdego rowerzystę, każdego przechodnia traktowali jak zamachowca i strzelali, jeśli nie reaguje na ostrzeżenia. Tubylcy nie zawsze w porę pojmowali, o co chodzi żołnierzom, a znaki ostrzegawcze brali nierzadko za gesty przyjaźni. I na odwrót, głośne wezwania traktowali jako nakaz ucieczki - i ginęli jako podejrzani złoczyńcy.
Cudzoziemscy żołnierze nakazali tubylcom, by trzymali się z dala od pojazdów wojskowych, natychmiast ustępowali im drogi i - uchowaj Boże - nie próbowali ich wyprzedzać. Ale wieczne korki uniemożliwiały szybkie zjechanie na pobocze. Żołnierze zaś, pędząc przez zatłoczone miasto na złamanie karku, by uniknąć zasadzek, miażdżyli pancerzami i gąsienicami tarasujące im drogę samochody tubylców.
Kiedy wiosną zeszłego roku Amerykanie staranowali kilkanaście afgańskich aut unieruchomionych w ulicznym zatorze, w Kabulu wybuchły zamieszki. Nie kryjąc łez, Karzaj przyznał, że nie potrafi obronić rodaków ani przed talibami, ani przed zagranicznymi żołnierzami, którzy przybyli do Afganistanu, by wybawić jego mieszkańców od ciągłych wojen.
Ujrzyj we mnie wroga
Jesienią zeszłego roku w pobliżu parku natknąłem się na amerykańskich żołnierzy. Tym razem szli w rynsztunku bojowym, gotowi do walki. Przez nikogo niezaczepiani poruszali ustami, szepcząc do niewidzialnych mikrofonów. W wielkich zsuniętych na oczy hełmach, do których mieli przytroczone lornety pozwalające widzieć w ciemnościach, w mundurach bojowych, w specjalnych ochraniaczach na łokciach i kolanach, w zakurzonym Kabulu przypominali istoty z innej planety.
Sklepikarze i przechodnie schodzili im z drogi. Z oddali z zaciekawieniem przyglądali się zamorskim straszydłom. Rozglądali się nerwowo za dziećmi, by chwycić je mocno za rękę. Dowództwo obcych wojsk zaapelowało bowiem do mieszkańców Kabulu, by nie pozwalali dzieciom bawić się w wojnę w pobliżu patroli wojskowych. Dzieci lubią mierzyć do przejeżdżających patroli z plastikowych karabinów. - Niektóre zabawki są tak podobne do prawdziwych karabinów, że mogą zmylić naszych żołnierzy, którzy w samoobronie zaczną strzelać pierwsi - ostrzegali wojskowi.
- Wszystkich traktują jak wrogów - szeptali przechodnie między sobą. A ja, stojąc wśród nich, przypomniałem sobie stare afgańskie przysłowie, które przed laty przytoczył mi pewien partyzancki komendant z podkabulskiej doliny Pandższiru: - Ujrzyj we mnie swego wroga, a wnet się nim stanę.
Wyślij znajomym
All rights not reserved. © X Copyright: W islamie nie ma "praw autorskich". Dozwolone jest korzystanie, kopiowanie i przekazywanie innym danych znajdujących się na portalu Islam w Polsce. Przekazywanie wiedzy z dziedziny islamu jest nawet obowiązkiem religijnym. Prosimy jednak o podanie adresu i nazwy portalu jako źródła.