Portal Islam w Polsce Islam w Polsce

Pokrewne Tematy

  • Wojna o wojnę, czyli Irak w kampanii prezydenckiej
  • Dlaczego Izrael przegrał wojnę
  • Kto nas wybawi od wybawicieli
  • W wirze afgańskiej wojny
  • Przyczyny militarnego i politycznego zwycięstwa Hezbollahu nad Izraelem
  • Moskwa: Izrael przegrywa, zarówno w górach Libanu, jak i w opinii międzynarodowej
  • Włoskie komentarze nt. wojny w Libanie: Przeważające siły Izraela nie wygrały
  • RPA: Zerwanie stosunków dyplomatycznych z państwem Izrael?
  • Handelsblatt: Izrael już dawno przegrał wojnę o umysły w Europie
  • Grzechy założycielskie Izraela
  • Bush, zrzuć bomby na Iran

    Wtorek, Czerwiec 19, 2007

    za Gazeta.pl, Marcin Gadziński

    Przywódcy neokonserwatystów, najbliżsi doradcy wiceprezydenta Cheneya oraz wpływowi senatorowie Lieberman i McCain wzywają, by użyć siły wobec reżimu ajatollahów, który buduje bombę atomową
    Presja tzw. jastrzębi rośnie. “Uderzyć w Ahmadineżada najszybciej, jak to tylko logistycznie możliwe” - proponuje Norman Podhoretz, jeden z intelektualnych przywódców waszyngtońskich neokonserwatystów.

    W najnowszym numerze magazynu “Commentary” Podhoretz opublikował okładkowy artykuł “Dlaczego trzeba zbombardować Iran”. Właśnie neokonserwatyści kilka lat temu przekonali prezydenta Busha do inwazji na Irak.

    W ostatnich dniach niemal w każdym wystąpieniu publicznym do użycia siły przeciw Iranowi wzywa też senator Joe Lieberman, w 2000 r. kandydat Partii Demokratycznej na wiceprezydenta. Oprócz prac nad budową bomby atomowej Lieberman zarzuca Teheranowi zbrojenie i szkolenie bojówek, które zabijają amerykańskich żołnierzy w Iraku. Nazywa to “aktem wojny” i wzywa prezydenta do “aktywnej odpowiedzi”.

    Pogląd ten podziela przyjaciel Liebermana, republikański senator i czołowy kandydat na prezydenta John McCain. Na jednym ze spotkań z wyborcami spytany, co zrobić z Iranem, zaśpiewał na melodię znanej piosenki: “Bomb, bomb, bomb, bomb Iran!”.

    Weekendowy “New York Times” opublikował też artykuł o narastającym w administracji Busha sporze między obozem realistów skupionych wokół sekretarz stanu Condoleezzy Rice i resztką “jastrzębi”, którzy jeszcze uchowali się w otoczeniu wiceprezydenta Dicka Cheneya. Spór dotyczy właśnie opcji militarnej wobec Iranu. Na razie, jak twierdzi gazeta, górą są realiści, jednak “jastrzębiom” niemal codziennie przybywa argumentów.

    Dyplomacja i wirówki

    Bush i Rice niemal równo rok temu ogłosili zmianę w polityce wobec Iranu. Zamiast gróźb postawili na dyplomatyczny nacisk na Teheran we współpracy z Unią Europejską, Rosją i Chinami. Jednak jedynym efektem tej polityki była pozbawiona zębów rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ.

    Przeciwnicy takiego podejścia podają bezlitosne fakty: rok temu Iran miał kilkadziesiąt wirówek do wzbogacania uranu. Dziś, mimo dyplomatycznych zabiegów, ma ich ponad 1,3 tys. W tym roku dojdzie do 8 tys.

    W porównaniu z sytuacją sprzed kilku lat, gdy trwała debata, czy uderzyć na Irak, dziś “jastrzębi” w administracji Busha jest o wiele mniej. Tacy ludzie jak: Donald Rumsfeld, Paul Wolfowitz, John Bolton, Douglas Feith, Scooter Libby, nie zajmują już czołowych stanowisk w państwie. Jednak szczególnie w biurze najbliższego neokonserwatystom wiceprezydenta Cheneya pozostało sporo urzędników i doradców, którzy jasno przyznają, że Stany Zjednoczone mogą powstrzymać Iran tylko w jeden sposób - bombardując instalacje nuklearne.

    David Wursmer, szef doradców Cheneya (i autor słynnego przemówienia Colina Powella w ONZ, gdy ówczesny sekretarz stanu oskarżał Irak o posiadanie broni masowego rażenia), powiedział publicznie kilka tygodni temu, że wiceprezydent uważa strategię wobec Iranu przyjęta przez Condoleezzę Rice za porażkę. I najpóźniej wiosną 2008 r. prezydent Bush będzie musiał podjąć decyzję o użyciu siły.

    Sam prezydent od kilku lat powtarza, że “nie będzie tolerować nuklearnego Iranu”. Ludzie obserwujący z bliska jego prezydenturę często powtarzają, że pozostawienie sprawy irańskiego programu nuklearnego następcy nie leży w charakterze Busha. I że będzie chciał “rozwiązać” ten problem przed końcem kadencji, która upływa w styczniu 2009 r.

    Sądząc po coraz agresywniejszej retoryce ze strony prezydenta Iranu Mehmeda Ahmadineżada, jego kolejnych groźbach zniszczenia Izraela oraz wzrastającym tempie irańskich prac nad bronią jądrową, szanse na rozwiązanie dyplomatyczne są coraz mniejsze.

    Nicholas Burns, zastępca sekretarza stanu, który zajmuje się Iranem, według przecieków z Genewy często straszy uczestników negocjacji prowadzonych tam pod auspicjami Międzynarodowej Agencji Energetyki Atomowej. Burns przywołuje rosnącą presję “jastrzębi” na użycie siły i próbuje uzyskać bardziej stanowcze stanowisko Europejczyków i Rosji wobec Teheranu.

    Bomby czy dyplomacja

    Norman Podhoretz nie wierzy w skuteczność dyplomatycznych zabiegów wokół Iranu. Porównuje je do ugłaskiwania Hitlera w latach 30.

    “Tylko bombardowania bez wątpienia cofną irański program nuklearny o kilka lat. A może nawet pomogą w obaleniu reżimu mułłów” - napisał Podhoretz.

    Przeciwnicy użycia siły wyliczają katastrofalne skutki bombardowań. Pierwszy to wściekłe ataki terrorystycznych ugrupowań wspieranych przez Iran na całym Bliskim Wschodzie - od Iraku, przez Liban, po Palestynę. Niewykluczone, że też w Europie. Drugi - ataki rakietowe Iranu na Izrael, zapewne z użyciem broni chemicznej i biologicznej. Trzeci - gigantyczny wzrost cen ropy, który może doprowadzić do światowej recesji. Czwarty - irańskie społeczeństwo, nawet dysydenci, zjednoczyłoby się przeciw Ameryce i wzmocniło w ten sposób islamski reżim, zaprzepaszczając szanse na jakiekolwiek zmiany.

    Podhoretz odpowiada na te argumenty, cytując senatora Johna McCaina: “Jedyną rzeczą gorszą od zbombardowania Iranu jest pozwolenie Iranowi na budowę bomby atomowej”.

    Wyślij znajomym